Daję z siebie wszystko - z Krzysztofem „Kielichem” Kieliszkiewiczem, basistą zespołu Lady Pank, rozmawia Arkadiusz Kałucki

– W 1994 roku dołączyłeś do składu Lady Pank - jednego z najważniejszych polskich zespołów rockowych. Spełniło się wtedy jedno z Twoich muzycznych marzeń czy był to tylko niespodziewany zbieg okoliczności?

- Dzięki tacie, który grywał na gitarze i kolekcjonował akustyczne instrumenty strunowe, i temu, że rodzice mieli gramofon i kilka fajnych płyt, miałem żywy kontakt z muzyką od małego. To chyba wtedy zaczęła kiełkować we mnie miłość do muzyki. Marzenia zaś pojawiły się w momencie, kiedy z chłopca stawałem się nastolatkiem. Podpatrywałem starszych kolegów, którzy grali w zespołach rockowych. W moim bloku, na warszawskim Grochowie, mieszkali bracia Piotrek i Jacek Klatt , którzy wtedy tworzyli formację Róże Europy. Musiałem zacząć grać, żeby marzenie mogło się spełnić. W roku 1994 nastąpiło jedno z ważniejszych wydarzeń w moim życiu, spełniło się moje największe marzenie , coś o czym trudno nawet śnić. Zostałem członkiem zespołu Lady Pank.

– Kilka pokoleń wychowało się na piosenkach Lady Pank. Zresztą do dziś śpiewają je chyba wszyscy, m.in. „Mniej niż zero”, „Zawsze tam gdzie Ty”. Jakie myśli towarzyszyły Ci, gdy już  znalazłeś się w zespole? Stałeś się częścią legendy rocka.

-  Tytuły utworów Lady Pank można wymieniać w nieskończoność, bo do legendy dopisywane są cały czas nowe rozdziały. W przyszłym roku zespół obchodzić będzie swoje 35- cio lecie. Moje emocje właściwie nie zmieniają się od samego początku. Dzisiaj mam dużo większą świadomość wszystkiego. Ale niezwykłe emocje takie jak radość, podniecenie, a czasem nawet trema co postrzegam jako zdrowy objaw towarzyszą mi za każdym razem, kiedy wychodzę z kolegami na scenę. Absolutnym fenomenem jest to, że piosenki, które gramy są cały czas aktualne i niejednokrotnie sięga po nie również coraz młodsza publiczność, co można zaobserwować na naszych koncertach.

– Jak myślisz, co wniosłeś do Lady Pank? A może odwrotnie, czy Lady Pank wniosło coś specjalnego do Twojego życia?

- Staram się dawać z siebie wszystko, co najlepsze, swoją energią, swoje umiejętności, swoją świadomość bycia na scenie i gry w zespole, a wbrew pozorom to bardzo ważne. Staram się nie popsuć brzmienia i charakteru zespołu, które Janek wypracował już dawno temu, a do którego, jak mi się wydaje, bardzo przyzwyczajeni są nasi fani. Mam nadzieję, że jako tak zwana sekcja rytmiczna, którą tworzymy z perkusistą - Kubą Jabłońskim dajemy bardzo silną i pewną podstawę dla Janka i Janusza. Chyba mam podstawy, aby sądzić, że razem  na scenie tworzymy niezłą bombę energetyczną. A żeby odpowiedzieć na drugą część pytania… to chyba nie wystarczy nam miejsca w wywiadzie o tym opowiedzieć…, ale proszę mi wierzyć, że naprawdę bardzo wiele. Lady Pank to całe moje dorosłe muzyczne życie.

– W 2012 r. ku zaskoczeniu szerokiej publiczności wydałeś solowy, i bardzo dobrze przyjęty przez krytyków muzycznych, album „Dziecko szczęścia”. W nagraniu całego materiału wzięła udział spora liczba artystów z naszej sceny muzycznej m.in. Kasia Stankiewicz, Ania Dąbrowska, Ania Rusowicz czy Marcin Rozenek. Płyta utrzymana w szeroko rozumianym alternatywnym popie. Skąd pomysł na taki krążek u człowieka mającego w duszy  rock’n’roll?

- Wspomnę jeszcze o Luizie Staniec, Johnie Porterze i Łukaszu Lachu. Jako słuchacz sięgam po bardzo różne gatunki muzyki. Jako muzyk do niedawna  kojarzony byłem jedynie z zespołem Lady Pank, czyli rock’n’rollem w czystej postaci. Na pierwszej swojej płycie chciałem pokazać, że noszę w sobie również inne dźwięki odbiegające czasem od szeroko rozumianego nurtu rock’n’ rollowego. Choć to też jest szuflada, która może pomieścić dużo. Jak okazało się w roku 2014 znalazło się w niej miejsce na moją drugą solową płytę.

– Drugi solowy krążek „Drapacz chmur” to bardzo odważna, osobista opowieść mężczyzny po 40-tce. Czy tą płytą dokonujesz pewnego rodzaju Katharsis z dotychczasowego życia?

- Może troszkę tak, ale też nie przesadzajmy. Na tej płycie po prostu opowiadam kilka historii, które zaczerpnięte są z mojego życia i stanowiły inspirację do napisania o nich tekstów, tutaj duży ukłon w stronę Wiktora Widza i Marcina Rozynka. Dzięki nim całość brzmi bardzo wiarygodnie. Do tego stopnia, że wielokrotnie pytano mnie czy to nie ja przypadkiem jestem ich autorem. A może jest też tak, że wszyscy na co dzień napotykamy na podobne problemy. Jedno jest pewne. To dojrzała , osobista i „moja” płyta.

– Kto z młodego pokolenia gitarzystów basowych w Polsce zwrócił ostatnio Twoją uwagę? I co mógłbyś poradzić przyszłym adeptom gitary basowej?

- Być może zawiodę teraz czytelników, ale szczerze mówiąc nikt nie przychodzi mi do głowy. Ale to może dlatego, że ja jako odbiorca muzyki traktuję ją bardziej jako całość. Jeśli podoba mi się zespół, to z reguły nie rozkładam go na czynniki pierwsze. Jeśli coś mnie w zespole porusza, to oznacza, że każdy element działa tak, jak trzeba i że są to elementy właściwie dobrane. Jeśli chodzi o radę  dla przyszłych adeptów wszystkiego - mam taką samą uniwersalną… Jeśli wierzycie w to co robicie i obdarzacie to miłością to nie poddawajcie się mimo przeszkód , które z pewnością się będą pojawiać. Tak pięknie, to nie ma, żeby mogło się obejść bez przeszkód. Chciałem uniknąć patosu, ale chyba się nie udało.

– Czy oprócz muzyki masz inne hobby, które stanowi odskocznię od tego całego zamieszania?

- Tak naprawdę, to muzyka, granie i tworzenie jest moim największym hobby. Tworzenie daje mi możliwość oderwania się od wszystkiego. Myślę, że gdyby organizm tego nie regulował, byłbym w stanie zapomnieć o oddychaniu. Ale poza tym trochę czytam, do niedawna grywałem w tenisa. Latem jeżdżę na motocyklu. Uwielbiam to i myślę, że to też jest moje hobby.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Arkadiusz Kałucki

Fot. Paweł Bąbała

 

Dodaj komentarz

Komentarze (0)

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się.