Muzyka jest radością i doskonałym produktem - przyznaje w rozmowie Izabella Żebrowska, artystka skrzypaczka i entertainer, ekspertka Portalu Ludzi Sztuki

Rozmowa z Izabellą Żebrowską, artystką skrzypaczką i entertainerem, ekspertką Portalu Ludzi Sztuki

- Czy skrzypce są trudnym instrumentem?

- To bardzo trudny instrument, ale przede wszystkim instrument bardzo wymagający. Często spotykam się ze słuchaczami, którzy pytają się mnie o grę na skrzypcach. Pytają, jak to jest, że moje palce wręcz śmigają po gryfie, a tam przecież nie ma żadnych progów. Skąd ja wiem, gdzie palec postawić… No po prostu wiem. Tyle już razy ten palec tu i tu stawiam, że już po prostu wiem. Ale to nie jest takie proste i wymaga codziennej wielogodzinnej, często żmudnej pracy. Najważniejsze jest jednak to, że skrzypce akustyczne mają najprawdziwszą duszę. W środku jest taki malutki kołeczek i on sprawia, że skrzypce stają się żyjącą istotą, oddającą uczucia osoby, która na nich gra.

- Czy był jakiś szczególny powód, że zainteresowała się pani grą na skrzypcach?

- Dla mnie głównym instrumentem, który niewątpliwie kocham, są skrzypce. I wcale nie dlatego, że zakochałam się w nim mając lat siedem, tylko dlatego że ten instrument był w moim domu od samego początku mojego życia. Moja mama grała na skrzypcach, była dla mnie zawsze taka śliczna, piękna… Szykowała się na koncerty, miała pięknie ułożone włosy, makijaż, przepiękne stroje. To wszystko było czymś niebywałym dla mnie – małej dziewczynki. To właśnie wtedy zakochałam się w skrzypcach. Wydawało mi się, że skrzypce są równoznaczne z tą moją przepiękną mamą. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, w co ja się tak właściwie pakuję. Jak trudny to jest instrument. Że to nie jest tak, że się weźmie skrzypce do jednej ręki, a smyczek do drugiej, i zachwyci się grą na nich siebie i innych. O, nie, nie , nie… To jest zupełnie inna bajka... Muzyka istniała w moim domu od zawsze. Słyszałam jak mama ćwiczy, widziałam jak mama gra. Zawsze  chodziłam z wielką chęcią do opery, w której występowała i oglądałam na scenie niesamowite widowiska. Aktorzy, ludzie w przedziwnych kostiumach, sceniczne światła, zapach - to wszystko było dla mnie jednym wielkim baśniowym światem. Potem się to troszeczkę pozmieniało. Zrozumiałam na czym polega gra na skrzypcach, na czym polega nauka muzyki.

-  Mama skrzypaczka, ale tato lekarz kardiolog… Czy wybrana przez panią droga muzyczna podobała się obojga rodzicom?

- Czy się podobała? Tak, oczywiście, że się podobała. Nie pamiętam dokładnie jak to było na samym początku, ale niewątpliwie był to pomysł rodziców, żeby sprawdzić czy się nadaję i czy mam słuch. Były najpierw jakieś egzaminy, przesłuchania, uczyłam się jakichś piosenek… Moi rodzice chcieli, abym się uczyła grać na instrumencie. Najbliższe w rodzinie były skrzypce. I pamiętam, że mama i tata zawsze byli w momentach dla mnie ważnych.  Przy egzaminach, na koncertach czy recitalach… Niechby się paliło, waliło, zawsze byli i zawsze mnie bardzo wspierali. Do tej pory pamiętam, że po koncertach czy recitalach zawsze razem szliśmy na lody, na ulicę Piotrkowską.

- Jakie emocje towarzyszyły pani przy pierwszym świadomym kontakcie ze skrzypcami?

- Takie świadome dotykanie skrzypiec to początek liceum… Pierwsza klasa liceum muzycznego, to taka ówczesna siódma klasa szkoły podstawowej, a ja już wtedy trafiłam do fantastycznego zespołu, do istniejących do dziś Łódzkich Smyczków. Prowadził je niesamowity profesor, wprost zarażał dzieciaki pasją grania. Nagle okazało się, że to wszystko co potrafię zagrać mniej lub bardziej sprawnie, przekłada się na wykonywanie utworów w orkiestrze kameralnej. A tę orkiestrę słuchają ludzie. Nagle pojawiła się widownia gromko nas oklaskująca… Wyobraża pan to sobie…  Nagle okazało się, że to nie jest tak, że gram sama dla siebie. Grałam dla swojej satysfakcji, ale grałam też dla ludzi, żeby im sprawić przyjemność ze słuchania i patrzenia. Razem, tworzyliśmy coś wielkiego. To było bardzo, bardzo ważne i cudowne. Cały mój świat chciał mnie i naszej orkiestry słuchać. To było niesamowite!

- Skrzypce kojarzone są z godzinami mozolnych i często nudnawych ćwiczeń. Nauka gry na skrzypcach jest często przedstawiana jako wręcz kara dla dziecka. Jednym słowem, tylko współczuć… (uśmiech)

- Kiedy ćwiczyłam, a moja muzyka nie była idealna dla ucha, mnie i tak się to podobało. Mama bardzo mi wtedy pomagała, choć szybko zrezygnowała ze wspólnych ćwiczeń ze swoją córką... Buntowałam się, zawsze wiedziałam lepiej… Wspomnę jedną z sytuacji. Już dokładnie nie pamiętam ile wtedy mogłam mieć lat,  może dziewięć lub dziesięć.  Chciałam obejrzeć jakiś film w telewizji, ale mama nalegała, abym w tym czasie ćwiczyła. Kiedy wyszła z pokoju gotować obiad, ja nagrałam przez siebie ćwiczony utwór na taśmę magnetofonową. I puszczałam wielokrotnie to nagranie, po cichu oglądając telewizję. To było tak z piętnaście czy z dwadzieścia razy. Mama w końcu nie wytrzymała, wróciła do pokoju i wszystko się wydało… Doskonały mój plan nie powiódł się, ponieważ przy pierwszym nagrywanym wykonaniu zrobiłam karygodny błąd, który potem magnetofon odtwarzał tyle razy. Mama nie mogła już tego słuchać, chciała mnie koniecznie poprawić… Tak się wydało.

- Tata był dumny z córki?

- Oj, tak i to bardzo. Tata był lekarzem i bardzo dużo pracował. Dla niego jednak cokolwiek bym nie zagrała na skrzypcach, to zawsze się bardzo podobało. Jak nikogo nie było w domu, a ja ćwiczyłam w dużym pokoju, tata po cichutku wchodził do niego i słuchał. Nawet kiedy grałam nudne gamy, to ojciec słuchał tego cierpliwie i podziwiał. Zawsze chciał, żebym grała.

- Szkoła muzyczna, a co potem?

- Dla mnie było naturalne, że po szkole muzycznej pierwszego i drugiego stopnia, uczyć się będę w Akademii Muzycznej. Czasy się jednak trochę zmieniły. Rodzice zdali sobie sprawę z tego, że bycie muzykiem może niekoniecznie jest tym, co by chcieli dla swojej córki.  Marzyli, abym miała dobre życie, abym miała intratny zawód. Po zdanej maturze, po zagraniu recitalu na końcówce liceum, wybuchła w domu wielka afera. Rodzice chcieli, abym uczyła się w innym zawodzie, a ja nie wyobrażałam sobie życia bez muzyki. I postawiłam na swoim… Jednak po ukończeniu Akademii studiowałam również na wydziale prawa na Uniwersytecie, zrobiłam parę kursów z zakresu marketingu, prowadzenia firmy. I szczerze powiem, że wdzięczna jestem rodzicom za tak „dalekosiężne spojrzenie” w moją przyszłość.

- To jednak muzyka pochłonęła panią do reszty…

- Dla mnie było to takie naturalne. Już w liceum z orkiestrą kameralną sporo koncertowałam, wyjeżdżaliśmy, to nie była tylko zwykła nauka w murach szkoły. W liceum zaczął się dla nas już inny świat. Polska się rozszerzyła, świat w którym grałam powiększył się. Uczyłam się dodatkowo angielskiego, niemieckiego, francuskiego. Miałam już wtedy swój kwartet, z którym graliśmy w restauracjach, w knajpach łódzkich. Nie ograniczałam się tylko do muzyki klasycznej. Na Akademii Muzycznej grałam we wszystkich możliwych orkiestrach kameralnych. Miałam fantastyczny duet, z którym występowałam praktycznie w każdy weekend moich studiów. Chciałam grać. Chciałam grać dla ludzi. Muzyka, zrozumiałam, to nie tylko piękna melodia, albo także trudna i karkołomna wirtuozeria. Piękna wirtuozeria. Zrozumiałam, że muzyka może być produktem, który trzeba i można sprzedać. Trzeba tylko wiedzieć jak.

- Produkt? Knajpy? Restauracje? Nie wydawało się pani, że profanuje tak zacny instrument?

- Nie. Szanuję koneserów muzyki poważnej i chylę czoła przed muzyką klasyczną. Dla mnie to jest podstawa. Sama mam przecież klasyczne wykształcenie i jestem wdzięczna za możliwość studiowania pod okiem znamienitych profesorów. Ale… Już na studiach – jak wszyscy przecież - potrzebowałam własnych pieniędzy. A to co robiłam, cieszyło innych ludzi i jeszcze za to mi płacono. Oczywiście niektórzy mogą się oburzać słysząc, że muzyka jest produktem, i nie będą chcieli oficjalnie się z tym zgodzić… Taka jest jednak prawda. Skrzypce kojarzą się ludziom ze sztywnością, filharmonią, teatrem, powagą i trudno to zmienić. Ja do dziś spotykam się ze stereotypem myślenia o skrzypcach jako o instrumencie „nudnym”, tylko klasycznym i poważnym. Ale skrzypce, proszę mi wierzyć, mogą zagrać każdy rodzaj muzyki. Czy to będzie jazz, pop, country western, czy właśnie muzyka klasyczna… W dzisiejszych czasach artysta grający koncerty „na żywo” konkuruje przede wszystkim z „Czasem Wolnym”. Z nieograniczoną liczbą możliwości zagospodarowania wolnego czasu odbiorcy. Dla artysty oznacza to między innymi wszechstronność i podążanie za potrzebami „rynku muzycznego”.

- Pani doskonale połączyła powagę instrumentu z muzyką popularną, tworzyła i tworzy nadal niebywałe widowiska sceniczne. Nie jest pani pierwszą i jedyną, która na całym świecie, odkrywa magię smyczków. Doskonale sprzedaje się taka właśnie muzyka, a artyści robią prawdziwą furorę. Tego ludzie chcą po prostu słychać...

- Ma pan absolutną rację, a ja nigdy nie chciałam grać dla samej idei. Na moich koncertach mam komplet publiczności nie dlatego, że jestem skrzypkiem grającym muzykę poważną, ale dlatego, że proponuję szerszą, bogatszą rozrywkę. Nie oszukujmy się… Człowiek jest wzrokowcem. W dzisiejszych czasach panuje „multitask”, jesteśmy przyzwyczajeni do robienia wielu rzeczy w tym samym czasie. Można się zastanowić - jeśli mój potencjalny widz może posłuchać super wykonania na najnowszym nośniku dźwięku, który właśnie zainstalował w swoim domu, wygodnie siedząc w swym ukochanym fotelu w bamboszach i pijąc swój ulubiony trunek - to po co ma się on trudzić i pokonywać drogę do teatru lub choćby do najbliższej sceny? Bardzo dużo jest miłośników muzyki klasycznej, dla których profanacją jest współczesne i nowatorskie aranżowanie utworów klasycznych. Doskonale to rozumiem i szanuję, ale jednocześnie absolutnie nie wstydzę się tego co robię. Na moje koncerty przychodzą tysiące ludzi i wychodzą zadowoleni, niemalże tańcząc w ich trakcie. A potem wracają, aby posłuchać mnie ponownie i z tego się cieszę.

- Tak sobie myślę, czy ci słuchacze chcą posłuchać pani wykonania, czy też tak są zakochani w instrumencie, że chcą poznać go jeszcze lepiej, z innej może strony?

- To jest ważne pytanie i zastanawiam się jak na nie odpowiedzieć… Jednak myślę, że chcą mnie posłuchać. Mam przynajmniej taką nadzieję… Dużym zaskoczeniem dla publiczności może być to, co ja robię na scenie. W pewien sposób miksuję klasyczny styl grania, którego się uczyłam, z nowym, współczesnym, w pewnym sensie – rozrywkowym sposobem interpretacji muzyki. Obecnie częściej gram z big bandami niż z orkiestrami klasycznymi, a to narzuca inny styl uprawiania muzyki. Tu jest perkusja, gitara basowa, gitary elektryczne, trąbki, saksofony… Często po prostu idziemy w pop czy rock. To już pierwsze zaskoczenie, a drugie – że każdy muzyk na scenie ma swój styl i ja taki przez lata sobie wypracowałam, stałam się entertainerem. Nie jestem tylko skrzypaczką, ale entertainerem, który tworzy cały wielki show. Nie występuję na scenie jedynie jako instrumentalista, ja tworzę spektakl.

- Panią łatwiej jest dzisiaj spotkać na koncertach za granicą, niż w naszym kraju. Ma pani porównanie polskiej i zagranicznej publiczności. Zauważa pani jeszcze jakieś diametralne różnice?

- Jeszcze trochę tak, aczkolwiek już coraz mniej. Polacy już nie różnią się w odbiorze muzyki. Kiedyś było inaczej w podchodzeniu do mnie jako muzyka grającego na skrzypcach. Widziałam, że publiczność na koncertach chciała kiedyś zaklaskać, jakoś odpowiedzieć na to co się jej spodobało, ale coś ich wstrzymywało. Bali się, że mnie urażą jako skrzypaczkę.

- Odwieczny dylemat czy klaskać wtedy kiedy coś mi się spodoba, czy wtedy kiedy już można…

- No i jeszcze w jaki sposób zaklaskać. Chcielibyśmy teraz wstać, zatańczyć, wybuchnąć euforią, ale nie wypada. Dlaczego? Ano dlatego, że to są skrzypce, że to jest skrzypaczka i ją można przecież urazić. Prawdziwego artysty się nie urazi, ponieważ gram, aby tych wszystkich ludzi właśnie podnieść z krzeseł, żeby sprawić im tak wielką radość i frajdę. A wracając do pytania o publiczność… Nie ma znaczenia, czy jest ona polska czy też inna. Publiczność jest publicznością. W różnych częściach świata publiczność kocha na scenie dokładnie to samo i to samo sprawia jej przykrość. Sama prowadzę swoje show, naprowadzam często na to co chciałabym, aby zostało usłyszane przez publiczność.

- Manipuluje pani swoją publicznością?

- O nie… Przyznaje jednak, że to jest mój show, grany wedle mojego scenariusza. Ja go prowadzę i ja go stworzyłam. W trakcie występów często mówię więc o Polsce, przypominam o naszej historii, o Lechu Wałęsie, o Solidarności, jak również o swoim życiu, życiu moich rodziców czy też dziadków… Gdybym nie mówiła o tych, czy też o innych sprawach, a tylko bym na scenie grała, publiczność reagowałaby na moją muzykę pewnie inaczej. Opowiadam o muzyce, którą gram, tworzę na scenie opowieść wędrując ze słuchaczem. Czaruję, zabieram w mój świat. W świat przeze mnie wyreżyserowany, stworzony, ale i bardzo przeze mnie kochany.

- Pani koncerty to prawdziwe spektakle. Na scenie emanuje pani emocjami, ekspresją, entuzjazmem. To jest prawdziwe oblicze artysty, czy też udawane na potrzeby produkcji takiego widowiska?

- Każdy z nas ma swój własny styl. Na scenie nie można udawać i nigdy na niej nie udawałam. Scena jest bardzo przedziwnym miejscem. Mam trzy czy też cztery minuty od początku show, aby ludzie poczuli do mnie sympatię, chcieli mnie dalej oglądać… Żeby byli zainteresowani, zaintrygowani tym, co jeszcze może się tu wydarzyć. Mam ten czas po to, aby przede wszystkim mi uwierzyli. Dla mnie to jest bardzo ważne. Na scenie jestem cała ja.

- Tworzy pani swoje muzyczne spektakle na scenach ogromnych wycieczkowców, zawijających do odległych i egzotycznych dla nas portów. Kiedyś granie na statkach było w branży postrzegane w dość specyficzny sposób. Grało się dla pieniędzy, chałturzyło do kotleta, ustawiało się na całe życie... Nadal takie opinie pani słyszy?

- Osobiście nie spotykam się z takimi opiniami. Wiem jednak, że taki pogląd nadal krąży wśród muzyków, którzy nigdy nie grali na statkach pasażerskich. Nie ma nic złego w graniu do tzw. „kotleta”, jeśli robi się to dobrze i z pasją. W końcu nigdy nie wiadomo kto tego kotleta w tym momencie je... Granie dla pieniędzy? Oczywiście, przecież bycie muzykiem instrumentalistą to zawód. Uczyłam się tego zawodu przez 17 lat i uczę się nadal, każdego dnia. Na statkach występuję w teatrach. Mam do dyspozycji ogromne możliwości techniczne sceny oraz orkiestrę lub band świetnych muzyków. I przyznam, że sprawia mi wielką przyjemność granie show w sali teatralnej która może pomieścić 1,5 tys. widzów. Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, ale tu trzeba być cały czas perfekcjonistą w każdym calu. Panuje niemiłosierna konkurencja, a sceny teatrów na statkach pasażerskich porównywane są do scen w Vegas czy Branson. Statek pasażerski to takie małe miasteczko, z kilkutysięczną rzeszą gości i załogi. Tu docenia się czyjś czas i talent.

- Nie przekona mnie pani, że jest tam wszystko takie cudowne i nie zdarzają się sceniczne wpadki…

- Ależ są, i nie będę Pana okłamywała, że ich nie ma. Na początku roku leciałam przez dwa dni na Samoa, na występy i… praktycznie po wyjściu z samolotu musiałam zagrać show wieczoru. Proszę sobie wyobrazić jak wyglądałam i jak się czułam. Od wejścia na pokład statku i króciutkiej próby, miałam tylko 45 minut do koncertu. Przyznam się, że nie wiedziałam jak to wyjdzie… Ale „show must go on”! Scena jest przedziwnym miejscem, gdzie zmęczenie odchodzi momentalnie.

- Scena sceną, ale żyje pani cały czas na walizkach… Nie namawiam, ale czy nie myślała pani, aby to wszystko rzucić, nie latać po całym świecie i na spokojnie koncertować w Polsce?

- Oczywiście, że czasami jestem zmęczona, że nie chce mi się wsiadać do samolotu, lecieć godzinami na drugi kraniec świata. Żartobliwie porównuje jednak moje podróże do godzin, które część z Polaków spędza np. w korkach jadąc do pracy. Innością jest zasięg terytorialny. Zdarza się, że w przeciągu miesiąca opalam się na greckich wyspach, odwiedzam moją ukochaną Florencję, spotykam się z przyjaciółką w Nowym Jorku, robię zakupy w Miami, mówię „hola” pingwinom w Patagonii, a jeszcze w drodze powrotnej do domu udaje mi się zawitać do Australii, Polinezji Francuskiej i Los Angeles. Oczywiście, ćwicząc na skrzypcach i grając w tym czasie parę koncertów. Ale jest jeszcze coś takiego jak adrenalina. W moim przypadku, ta adrenalina przez te wszystkie lata doskonale sprawdza się w swej roli. Proszę mi wierzyć, że poza sceną mogą czuć się niemiłosiernie zmęczona, nie potrafić sklecić poprawnie trzech słów, a na scenie… Oczywiście, po występie może się tak zdarzyć, że  - choć to jest rzadkością - ze zmęczenia w ubraniu padnę do łóżka. Ta praca jest przeze mnie kochaną. To jest praca artysty. Co jest ważne, praca ta stwarza mi możliwość spotkania publiczności. Tak jak moi widzowie, tak samo ja, jestem przecież na statku. Można do mnie podejść, porozmawiać ze mną, zrobić zdjęcie, podzielić się swoimi emocjami. Po koncertach na lądzie zazwyczaj widzowie ubierają się, wychodzą do domu i nie mają kontaktu z artystą. A co do koncertów w Polsce… Występuję w kraju na tyle, na ile pozwalają mi kontrakty zagraniczne. Nie odmawiam obecności na przeróżnych wydarzeniach artystycznych do udziału, w których jestem zapraszana. Koncertuję na dużych imprezach, na scenach teatralnych. Biorę udział w festiwalach, jak również w plenerach, choć mocno o występy nie zabiegam.

- Czuje pani tremę przed wejściem na scenę?

- Ojejku, nie wiem dlaczego, ale ja zawsze czuję tremę. Ona, oczywiście, może być mniejsza lub większa, ale jest! Czasami nie mogę dokończyć makijażu, ponieważ tak mi się ręce przed występem trzęsą. Nie rozumiem tego. Wolałabym jej nie czuć. Trema wchodzi mi w ręce, w mięśnie, a to przy tego typu instrumentach jak skrzypce nie jest już zabawne. Wiem o tym i moje show w taki sposób układam, aby trema mi nie przeszkodziła.

- No i na koniec…. Ma pani jeszcze co robić na scenie?

- Mam! Mówi się, że muzyka składa się z siedmiu dźwięków – z siedmiu białych plus pięciu czarnych. Z tych paru dźwięków tworzy się niesamowity ogrom muzyki. Nie wiem co by powiedział Mozart, gdyby teraz posłuchał co się dzieje z jego muzyką. A przecież był innowacyjnym artystą w swoich czasach. Zakładam, jednak, że nie tworzył muzyki do słuchania w kompletnym skupieniu z poważną miną na twarzy. W jego czasach była to raczej muzyka rozrywkowa służąca radości i zabawianiu ludzi.  Nie wiem co powiedziałby o mojej muzyce, ale wiem, że z muzyką można zrobić cuda. Nadal jestem muzykiem klasycznym, bardzo kocham muzykę klasyczną, bardzo szanuję i…. Jest jeszcze bardzo dużo w muzyce do zrobienia i bardzo dużo do zrobienia z instrumentami smyczkowymi. Bardzo mnie fascynuje łączenie muzyki klasycznej z rockiem. To nie jest nowy pomysł, ale to jest właśnie to. Idę zresztą w tę stronę – chcę łączyć smyczki z rockiem. To jest mój plan na przyszłość. Chcę przynosić ludziom radość, ponieważ muzyka jest radością. Satysfakcję przynosi mi to, że ludzie bawią się na moich koncertach i wstają z krzeseł na ich końcu oklaskując mnie.

- Życzę pani owacji na stojąco po każdym koncercie, a nam  - słuchaczom i widzom – życzę radości z muzyki. Dziękuję bardzo.

Rozmawiał: Mirosław Szczeglik
fot. prywatne archiwum artysty

Dodaj komentarz

Komentarze (0)

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się.